Ojcostwo
NIE ODPUSZCZAJ #48
Do przemyślenia:
”Nie zabija cię jeden zły dzień. Zabija cię brak rutyny, która działa właśnie w te złe dni.”
Konkret na dziś:
Zniknąłem na blisko 4 tygodnie.
Nie zaplanowałem tego. Nie było w tym żadnej strategii. Po prostu przez ostatni miesiąc życie mi się posypało bardziej, niż byłem gotów przyznać.
I wstydziłem się tego.
Ojcostwo mnie rozjebało w sposób, na który nikt mnie nie przygotował.
Nie chodzi o dziecko. Chodzi o mnie. Chodzi o to, że plan, który sobie ułożyłem, przestał się spinać. Że wstawałem o 5, potem 6. Potem o 7. Potem o 9. Był tydzień, gdzie wstawałem o 11 i nienawidziłem się za to.
Straciłem klientów, bo nie dowoziłem. Ambitne plany, które szykowałem na ten kwartał, poszły do kosza. Psychicznie było najgorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
I teraz robię coś, czego zwykle nie robię.
Piszę o tym wprost.
Bo wiem, że część z Was to zna.
Znamy to wypadnięcie z rytmu.
Poczucie, że wszystko się rozjeżdża szybciej niż nadążasz sklejać i gdzieś w tym pędzie gubimy siebie. Poranki, w których budzisz się z wyrzutem sumienia jeszcze zanim wstaniesz z łóżka.
Znasz to, co nie?
Przez lata budowałem rutynę ambitną. Pobudka między 5:00-7:00, zimny prysznic, trening, medytacja, dwie godziny głębokiej pracy przed śniadaniem. Wszystko pięknie.
Dopóki życie Ci nie przywali.
A życie przywala. Zawsze. Prędzej czy później.
I wtedy się okazuje, że rutyna ambitna to nie jest rutyna. To jest przywilej dobrych dni. W gorszy dzień nie masz na to siły, więc rezygnujesz z całości. A jak zrezygnujesz raz, rezygnujesz drugi. A jak zrezygnujesz trzeci raz, już nie masz do czego wracać.
Dlatego jestem wdzięczny, że miałem zaplanowaną rutynę awaryjną, właśnie na te gotsze dni.
Bo większość (w tym ja kilka lat temu) podchodzimy na zasadzie: Albo wszystko, albo nic.
I kończy się zazwyczaj na “nic”.
Gdy po kilku takich upadkach do niczego miałem tego serdecznie dość, wtedy zbudowałem sobie rutynę awaryjną. Minimum minimalne. Trzy rzeczy, które robię nawet wtedy, gdy nie mam nic. Żadnej motywacji, żadnej energii, żadnego “dlaczego”.
Moje trzy rzeczy w ostatnich tygodniach wyglądały tak:
1. Kiwi i Kakao lub kawa z grzybami rano. Zawsze.
Nie sama kawa, bo kawa mnie rozpierdalała psychicznie. Po kilku miesiącach kawa przestaje działać, więc co robisz? Pijesz więcej. A kolejna kawa to większy lęk, kołatanie serca, gorsze poranki i tak pętla się zaciska.
Dlatego od kilku miesięcy nie piję zwykłej kawy. Dodaje do niej albo mix z olejem MCT (kuloodporna kawa), kordycepsem (większa energia bez skoku ciśnienia), l-teaniną, oraz paroma innymi smaczkami. Jednak od 2 miesięcy przerzuciłem się właśnie na… kakao. Tylko że to też nie takie zwykłe kakao (kliknij TUTAJ żeby przeczytać więcej o nim, a z kodem: “quelitas” macie 20 zł zniżki bo udało mi się dogadać z właścicielem).
W tym kakao jest coś bardziej ceremonialnego, a w połączeniu z kolagenem jest jeszcze słodka nuta, bo kolagen słodzony jest stewią. Do wszystkiego dodaje shota espresso i mleko owsiane. Najlepsza rzecz, jaką do tej pory odkryłem od kawy.
2. 10 minut dla mnie.
Bez muzyki, bez podcastu, bez rolek. Tylko ja i moja głowa.
Albo spacer, albo mata do akupresury, albo trening kalisteniczny, albo rozciąganie, dziennik, jedna ze 180 rzeczy do zrobienia, lub po prostu patrzenie w niebo, bez żadnych dodatkowych bodźców. Na początku chujowo i ciężko, ale po 10 minutach chcesz więcej. I o to chodzi, przynajmniej u mnie :)
3. Jedno zdanie w notesie wieczorem.
Co dziś zrobiłem dobrze. Choćby jedną rzecz. W dni, gdzie zdanie brzmiało “wstałem”, i tak liczyło się jako wygrana. Czaję, że brzmi to głupio, ale w sytuacjach awaryjnych te małe wygrane podnoszą na duchu.
Trzy rzeczy. Żadna z nich nie wymaga energii, motywacji, ani formy. Można je zrobić w najgorszym dniu życia.
I dlatego działają.
Bo prawda o dyscyplinie jest taka: nie chodzi o to, żeby robić dużo. Chodzi o to, żeby nie zerwać łańcucha. Nawet jeśli to jest łańcuch z trzech mikro nawyków, które trwają 25 minut łącznie. Chodzi o to, żeby nie odpuszczać.
WYZWANIE NA TEN TYDZIEŃ:
Wybierz swoje trzy. Nie moje. TWOJE rzeczy do rutyny awaryjnej.
Zasady:
1. Każda z tych rzeczy musi być możliwa do wykanania w Twój najgorszy dzień.
2. Łącznie nie więcej niż 30 minut.
3. Muszą być konkretne (nie “być zdrowszym”, tylko “wypić szklankę 500ml wody przed kawą”).
4. Zapisz je na kartce i połóż tam, gdzie zobaczysz je rano.
Testuj przez tydzień. W następną niedzielę odpisz mi tutaj, jak poszło. To społeczność, nie kolejny mailing. A ja czytam wszystkie Wasze odpowiedzi.
Na zakończenie… Wracam kurwa. Maile w każdą niedzielę, tak jak było. Konkret, wyzwania, robota. Ale oprócz tego więcej konkretów z wywiadów. Bez ściemy, że u mnie jest super, jak nie jest.
Kto chce, zostaje. Kto nie, może odsubskrybować, bez urazy. Wolę mniejszą listę realnych ludzi niż wielką listę widzów.
Nie odpuszczaj,
Jakub
PS. Jeśli przez te 4 tygodnie też wypadłeś z rytmu, to masz teraz idealny moment żeby wrócić. Razem. Bo sam to wiem, jak to jest wracać samemu. Gówno z tego wychodzi.
PS2. To nasz ostatni (i póki co mój ulubiony) wywiad z Jakubem. Milionerem z e-commerce. Jeśli Wam się podoba w ogóle temat ecom, mogę zrobić wyzwanie z Jakubem, gdzie inwestuje powiedzmy 10.000 PLN i przez miesiąc próbuję wyciągnąć z tego biznesu więcej z jego pomocą. Ale nie spędzając nad tym po 8h dziennie, tylko realistycznie, po 30-60 minut dziennie. Jeśli to brzmi interesująco, skomentujcie pod filmem “Wyzwanie”, żebym wiedział!


